Chaos nad chaosami

Dzieje się tyle rzeczy na raz (łącznie z tym że robię się coraz grubsza bo jestem ciągle głodna po zolofcie), że jakbym miała dalej robić dobrze mojemu perfekcjonizmowi to bym zwyczajnie pękła na pół. Więc doskonałość tej pracy poszła do kosza już jakiś czas temu. Znajduję samą siebie nagle w roli wyznawczyni religii „good enough” niemal na każdym kroku – i nie umiem zdecydować o statusie tej zmiany.

Czytałam książkę po tak, że po przerwie w pracy w postaci 3 godzin snu wstałam i doszłam do wniosku, że autor budował napięcie przez całe 350 stron tylko po to, żeby na ostatnich 20 pacnąć wszystkie zakończenia wątków jak paczką przeterminowanych parówek, jakby mu się już nie chciało. Macie, po 350 stronach podążania za niby inteligentną i skomplikowaną główną bohaterką, która tak serio jest skonstruowana diablo płytko i wciśnięta w schematy jak jedna z parówek w osłonkę – ciasno i bez sensu – nasza bohaterka kończy z pomaganiem ludziom i będzie pielić marchewki. Tak po prostu, bez żadnego wyjaśnienia po cholerę tak, zaginiony syn, który tak bardzo chciał być sam, z dupy przysyła pocztówkę z Alaski (że żyje i nie umarł), a pacjent dostaje dożywocie bo chciał zabić jej wnuka (mimo że zupełnie nic na to wcześniej nie wskazywało….). Dobra, ja wiem, życie nie jest ciągiem elegancko powiązanych zdarzeń, dużo w nim przypadków – ale jeśli już czytam fikcję, to nie po to żeby była bez sensu (jak życie) – po to czytam biografie i inne takie na faktach. Rzadko mam czas na czytanie takich książek i jeszcze mi się trafiła taka.

Nie wiem kiedy się wydostanę z tej czarnej dziury pisania, ale jak się wydostanę, to się chyba upiję. Chociaż może jednak nie, trochę za stara jestem na to już.

Ale przynajmniej widać światełko w tunelu.

6 uwag do wpisu “Chaos nad chaosami

  1. No w sumie. Ja zawsze staram się dawać z siebie 100%, a jak czasami zderzam się z murem, to odpuszczam. Wtedy już tylko walczę o zminimalizowanie negatywnych skutków, które uderzą we w mnie w skutek czyichś głupich decyzji.
    Ooooo, doktorat koleżanki brzmi ciekawie! Jak będzie Ci się chciało, to napisz, chętnie poczytam. Pracuję w korpo od 14 lat, przeszłam chyba przez 9 zespołów i podobną liczbę stanowisk, i dopiero od 1,5 roku jestem na stanowisku, które jest ze mną naprawdę zgodne 😂 powiem więcej, ja wreszcie lubię swoją pracę. W międzyczasie jakieś 2 lata też pracowałam na w miarę dopasowanym stanowisku, ale matka korporacja miała na mnie inny pomysł 😉

    Polubienie

    1. Ja też myślałam że dawanie 100% to jest to co muszę robić żeby być usatysfakcjonowana, ale okazuje się że niekoniecznie 🙂 i że satysfakcja w ogóle nie z tego wynika, ale to inna sprawa (badania nt satysfakcji z pracy są już tak oklepane i tyle ich jest że mało kto się na to na poważnie porywa teraz).
      Próbujemy ustalić czy na podstawie narzędzia do diagnozy stworzonego w zasadzie przez naszą szefową da się przewidywać gdzie ktoś będzie lepiej pasował, chociaż to nie dotyczy konkretych stanowisk (to jest mocno indywidualne w każdej firmie) tylko raczej charakterystyki samej pracy, np czy jej wymaga multitaskingu 🙂 hipoteza jest zasadniczo taka że jak jesteś niedopasowana do charakterystyki pracy to będziesz ponosić większe koszty psychofizjologiczne. Jeśli to jest prawda (się okaże) to dalej określenie które cechy z kwestionariusza wskazują na lepsze dopasowanie itd, długa i trochę skomplikowana historia… Mój własny doktorat wydaje mi się dużo prostszy, chociaż już tyle razy zbierałam ochrzan że nie umiem tego ani ocenić ani docenić że włączam sobie autocenzurę za każdym razem jak mam ochotę się wypowiadać na temat jego wartości 😂
      14 lat to długo, jak sobie radziłaś z brakiem dopasowania? I jak się czułaś w takim układzie?

      Polubienie

      1. Z mojego punktu widzenia, hipoteza wydaje się być słuszna. W zależności od stopnia braku dopasowania radziłam sobie różnie. Jak byłam całkowicie niedopasowana, czyli pracowałam w bezpośredniej sprzedaży, to zahaczyłam o leki uspokajające, w szczytowym momencie rzyganie rano (na szczęście tylko 2 razy) i ogólne wypalenie i nienawiść do pracy. Jak udało mi się przenieść na backoffice, było dużo lepiej. Byłam w stanie dostosować się do każdego stanowiska i nikt nigdy nie narzekał na jakość mojej pracy, ale robienie 15 rzeczy na raz i połowy z nich na wczoraj, kosztowało mnie sporo nerwów, sporo nadgodzin (bo chciałam wszystko dowieźć na czas i w najlepszej jakości) i zapisywania wszystkiego wszędzie. Najgorsze były zadania, jak musiałam gdzieś coś przeforsować, bo nie jestem typem walczącym. Albo wymyślić, bo nie jestem kreatywna. To mnie kosztowało sporo nerwów. Ja w zespole nie jestem tą osobą, która chodzi na spotkania i udowadnia innym że my mamy rację, a wy nie. Ja jestem tą, która dostarcza dane, które pomogą udowodnić, że mamy rację. Do tego stopnia źle się czułam z tymi zadaniami, że raz na rozmowie rocznej wprost szefowi powiedziałam, żeby mnie nie wrzucał do żadnych ambitnych projektów. Ja mu zrobię wszystkie tabelki, odwalę nudną robotę z weryfikacją danych, tylko niech mi nie każe nic wymyślać. Był też czas, że pracowałam z wieloma osobami z różnych zespołów na zasadzie wsparcia, więc miałam codziennie 50 różnych mikroproblemów do rozwiązania, co sprawiało, że pracowałam w chaosie. Ogarniałam, ale byłam często zmęczona. Teraz mam kilka stałych zadań, praca jest głównie jakościowa, bo z zakresu kontroli. Znajomi się czasem pytają jak ja mogę wytrzymać w takiej nudnej pracy, a ja lubię moją spokojną i nudną pracę, która w sumie wymaga ciągłego skupienia i zwracania uwagi na szczegóły. Bo ja jestem takim dłubakiem.
        Mogę spytać na jaki temat jest Twój doktorat? Możliwe że gdzieś czytałam i zapomniałam, ale możliwe też, że jeszcze nie czytałam, bo stopniowo czytam Twojego bloga.

        Polubienie

      2. Zanim się podzielę tytułem to go najpierw skończe 😂 fakt, że pisze (bo muszę) po angielsku, wcale w tym nie pomaga. Fakt, że dotychczas pisanie przypominało wiele rzeczy i żadna z tych rzeczy nie była uporządkowanym i liniowym procesem, doprowadził mnie już do mdłości na sam widok pliku który się pojawia jak otwieram laptopa. Czekam aż zacznę rzygać. I to jest czysto psychiczne, o czym wiem.
        A sam temat jest metodologiczny, dotyczy wykrywania nieuważnych respondentów w ankietach internetowych. Na blogu niczego o tym nie przeczytasz 🙂 głównie dlatego że jakbym miała jeszcze tu pisać o tym nad czym pracuje „zawodowo” to bym się chyba musiała zastrzelić.
        Bardzo ciekawe jest to co napisałaś, z wielu punktów widzenia, ale jakbym się miała rozpisywać na ten temat w komentarzu to bym skończyła za 2 dni 🙃 jeszcze się odezwę, ale teraz chyba muszę iść spać bo termometr mi własnie okazał ponad 37 stopni i rośnie 😔

        Polubione przez 1 osoba

  2. O nie! Nic tak nie psuje książki jak beznadziejne zakończenie.
    No może gorsze jest jak się akcja nie może rozwinąć przez pierwsze 50 stron, to wtedy już tej książki nie kończę.
    „Good enough” to bardzo dobra religia, dużo bardziej przyjazna człowiekowi niż „perfekcjonizm”. Polecam. Stosuję wszędzie poza pracą, bo za pracę mi płacą, a za resztę życia, nie.

    Polubienie

    1. Czasami w pracy też w końcu trzeba odpuścić, zwłaszcza jak standardy które sobie narzucasz pochodzą wyłącznie z twojej własnej głowy, a nie z wymagań pracy. Moja koleżanka z katedry pisze doktorat nt skutków niedopasowania stylu działania pracownika do wymagań stawianych przez stanowisko pracy – może kiedyś napisze co z tego wyszło 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s