A co jak nikt nie ma odpowiedzi?

Trochę się spraw wyjaśniło w ciągu ostatnich dni. Trochę lepiej rozumiem co się właściwie stało. Niezgodnie z przewidywaniami padła tylko część ideałów. Ale na ten moment myślę, że to dobrze.

Spędziłam cały dzień na niczym. Spałam do południa (mniej więcej), ale że w nocy się paliło w centrum to mi spalenizna spać nie dawała (doleciało aż na Ochotę, także…), wobec czego chodziłam po mieszkaniu (najciszej jak się dało żeby nie obudzić E.) i niuchałam skąd to jest. Dopiero koło pierwszej wpadłam na to, żeby zajrzeć w internety. I się od razu oczywiście dowiedziałam skąd. Zasnęłam między 3-4-5, coś takiego, nie pamiętam dokładnie godziny, pamiętam natomiast, że już nie cuchnęło, więc ten cholerny wieżowiec musiał być opanowany. Więc nie, nie śpię dłużej niż normalnie, w gruncie rzeczy koło południa to była normalna ilość godzin. Podjęłam decyzję, że spędzę dzień na Netflixie. Wieczorem pojechałam na kawę. Z odbicia miałam świetny humor (unikając jakiejkolwiek pracy umysłowej w międzyczasie, częściowo na siłę), ale po tej kawie przestałam mieć. Teraz siedzę, właśnie skończyłam oglądać Brain on Fire i wydaje mi się, że na ten moment jest ok.

Na kawie L. uświadomił mi brutalnie, że gdyby nie to popychanie i opieprzanie, nie byłabym tu gdzie jestem. To prawda, nie byłabym. Pomyślałam sobie wtedy, że wcale nie jestem pewna, czy kiedykolwiek chciałam tu być. Głośno nie powiedziałam nic. Wkurzyłby się okropnie. Ale nie o to chodzi.

Żyję w ciągłym napięciu, trybie stand by, trochę jak ratownik na dyżurze, tyle, że ten mój dyżur się nie kończy. Nie ma godziny, o której mogę zupełnie odpuścić. Dlaczego? Bo nie mam zielonego pojęcia kiedy i co będę musiała zrobić, bo powinnam być zaangażowana i korzystać z tego, co się dzieje, bo drugiej szansy nie będzie. To moje stand by powoduje, że nigdy nie wychodzę ze skupienia, ostrości myślenia, precyzji i zainteresowania. Nie pozwalam sobie na to bo wiem, że jak pozwolę na zbyt długo, to nie będę w stanie reagować tak szybko na to co się dzieje. Będę rozkojarzona, będę się gubić, mieć „mgłę” na mózgu. A, stety niestety, tym co sobie w sobie cenię, jest właśnie moja głowa, to jak szybko i precyzyjnie myślę. Stąd ciągłe napięcie. Ten stan nie istnieje sam z siebie, ja go stworzyłam, bo stanowił najlepszy sposób na przystosowanie się do takiego tempa.

I tak oto wchodzimy w paradoks, na który odpowiedź może nie istnieć: osiągniesz coś jak będziesz ciężko pracować i dostosowywać się do sytuacji szybko i dokładnie, ale równocześnie taki tryb funkcjonowania stopniowo cię wykańcza, psychicznie i fizycznie. Chcesz coś osiągnąć (każdy chyba chce), więc się starasz i dostosowujesz do warunków, ale po pewnym czasie wszystkie objawy wskazują na to, że nie jest to optymalne w jakiekolwiek mierze, i nie da się tak funkcjonować w jakiejkolwiek równowadze, więc ciągle tą równowagę wywracasz. To się nie może skończyć dobrze, i się nie kończy, wobec czego, stojąc na skraju załamania i czując, że za chwilę się rozpłaczesz na środku ulicy, podejmujesz decyzję, że musisz się cofnąć i odpuścić. I odpuszczasz, ale parę godzin później znowu dopada Cię straszna myśl, że za mało się starasz, że siedzisz i oglądasz jakieś głupoty zamiast robić realną robotę. Więc siadasz do roboty. A następnego dnia stoisz na skrzyżowaniu i czujesz że nie masz siły zrobić następnego kroku.

Co wobec tego się robi? Co się kurde robi jak chcesz coś osiągnąć, ale nie chcesz się doprowadzić do śmierci? „Odpuszcza” już słyszałam. Nie bardzo umiem odpuścić. Nie mogę, ciągle i ciągle czuję się winna, że jeszcze za mało pracuję, że powinnam robić więcej. „Przeciętna doktorantka” pomogło mi na parę dni. Byłam spokojniejsza. A potem moja głowa zrobiła temu twist i pomyślała sobie, że skoro jestem przeciętna to muszę się bardziej starać. I natychmiast wskoczyłam znowu w napięcie.

Dużo się bardzo naczytałam na temat motywacji, zaangażowania, różnych takich jednoznacznie pozytywnie kojarzonych tematów. Zastanawiam się teraz czy komuś z tych mądrali kiedyś przyszło do głowy, że to może wcale nie być taki świetny pomysł żeby pracownika angażować i motywować. Brzmi jak herezja, ale jak sobie wyobrażę, że ktoś miałby mnie teraz próbować motywować, to myślę, że groziłoby to wybuchem histerycznego śmiechu. Matko i córko, ja potrzebuję tylko pstryknięcia żeby wystrzelić na orbitę, szukałam tego długo, ale znalazłam, ale SĄ JAKIEŚ GRANICE. W zasadzie mnie w ogóle nie trzeba do niczego motywować, tak długo jak uważam, że to, czego się uczę, ma sens. Ale to mi daje tak duże ilości stymulacji, że kończę jak przekłuty balonik, który za wszelką cenę próbuje jednak zostać na powierzchni.

A co jak nikt nie zna na to pytanie odpowiedzi? Buddyzm mi mówi, żeby być w pokoju ze światem. Niestety nie mówi mi co zrobić, jak świat nie chce być pokoju ze mną i nie mogę tego zwyczajnie zignorować.

Wiemy jaki jest problem. Nie mamy zielonego pojęcia jak go rozwiązać. Co bym nie robiła, to napięcie ciągle wraca. I dowiedziałam się też, że prawdopodobnie będzie wracać jeszcze długo.

Krótko mówiąc: jestem w głębokiej d….

Jedna uwaga do wpisu “A co jak nikt nie ma odpowiedzi?

  1. Nauczenie się „odpuszczania”, odpoczynku, zwolnienia jest ciężka nauka. A wytyczenie granic w głowie i trzymanie się ich jeszcze bardziej…
    Plan na plan i plan na odpoczynek. Równowagi tez trzeba się naumiec. Tak mówią. 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s