3 w nocy po raz drugi

Coś ostatnio nie umiem ominąć tej godziny.

Rodzimy się z różnymi zestawami genów. W miejscu, w którym obecnie jestem, można by sobie nawet pomyśleć, że mój zestaw genów był nawet całkiem dobry. Zaskakujące jest jak bardzo ludzie lubią odbierać nam uznanie za ciężką pracę. Jak coś ci się uda, coś osiągniesz, to nagle się okazuje, że miałeś dobre geny. Że zawsze było wiadomo, że nie ciesz się tak, bo miałeś przewagę od początku a inni nie mieli i dlatego tobie się udaje, ciebie to fascynuje, te piekielne wzory i równania. A całej reszty nie. I cała reszta nic nie może na to poradzić, bo to nie jej wina, że się urodziła z innymi genami.

Aha.

Tyle, że ja mam genetyczne obciążenia. Problemy z krwią, z hormonami, z głową, ze stawami też się okresowo zdarzają, mam jakieś alergie (chyba dzisiaj to każdy już na coś ma), i czasami, jak niedawno, we wszystko wpieprza się jeszcze chwiejna emocjonalność. Biorę około dychy tabletek (nie, nie mogę żadnej wyrzucić z tego zestawu, bo robi się nieciekawie), każda ma naprawić coś innego. To są dobre geny? Co z tego, że jestem inteligentna i dość silna, skoro bez cholernych tabletek wszystko to przykrywa niedoczynność tarczycy w porozumieniu z insulinoopornością i paroma innymi kwiatkami i śpię po 16 godzin na dobę. A jak nie śpię, to wszystko mnie boli i umieram. Wiedząc o tym, głupio prycham śmiechem za każdym razem jak słyszę tekst o dobrych genach. To może ja jednak podziękuję za takie coś. Wolę mieć normalne niż takie dobre, z chęcią się zamienię. Ktoś chętny?

To nie moje geny wyciągnęły mnie z bagna.

To nie moje geny wytrwale biły się z błędnymi schematami.

Nie one również uczyły się pomimo tego, że ciągle bolała mnie głowa i nie rozumiałam co się dzieje na zajęciach.

Oczywiście również nie one spędziły godziny nad zadaniami tylko po to, żebym coś zrozumiała.

Nie, wytrwałość i zaangażowanie to również nie ich dzieło.

One mi właściwie bardziej przeszkadzały niż pomagały. Bo mam skłonność do popadania w negatywizm. Bo jestem wysokoreaktywna. Tego się musiałam oduczyć, a i tak nie do końca wychodzi. To jest tak, że nauczyłam się pomimo nich, a nie dzięki nim. Raczej w tę stronę.

Inteligencja to może z 5%. Pomaga dopiero gdzieś pod koniec. A wcześniej trzeba siedzieć i robić, bo ja też nie wszystko widzę i rozumiem od razu. Mam swoje metaautostrady które mi pomagają, ale nie wszędzie docierają, i wtedy, tak jak inni, muszę się wlec kamieniami pod górę. I tak samo mnie to frustruje, tak samo jest nudne, bo chciałabym już, teraz. Tak samo czuję się głupia, bo ktoś zrozumiał, a ja nie. Ale wiem, że jeśli spędzę nad tym odpowiednio dużo czasu (od samego mijania czasu jednak wiele się nie zmienia) to zacznę rozumieć. I tak też nie zawsze było – nie zawsze wierzyłam, że zacznę rozumieć. Nauczyłam się wierzyć. Nauczyłam się nie mówić, że jestem głupia. Nauczyłam się innych reakcji na sytuacje, które wcześniej wysyłały mnie na orbitę. Nauczyłam się rozumienia sytuacji społecznych. Nauczyłam się krytycznego myślenia i logiki. Nauczyłam się programować i nauczyłam się rozmawiać. Nauczyłam się pocieszać, nauczyłam się bronić, nauczyłam się mieć własne zdanie. Nauczyłam się występować publicznie. Nauczyłam się nie patrzeć we własne buty, tylko na ludzi. Nauczyłam się nie bać. Nauczyłam się wiary w siebie i swoje umiejętności.

Ciągle się uczę cierpliwości. Próbuję panowania nad emocjami, ale nieszczególnie dobrze mi to wychodzi. Próbuję też nauczyć się znowu spać w nocy – z marnym skutkiem.

Nie urodziłam się z tym. Wpieprzyłam ogromną ilość czasu i pracy w to, żeby się tego nauczyć. Ciągle jeszcze pamiętam jak chciałam uciec z zajęć kiedy się dowiedziałam, że będziemy mówić do kamery przy całej sali a potem będziemy odtwarzać te nagrania i prowadzący będzie je krytykował. Wielu wtedy uciekło podczas przerwy i nigdy już nie wróciło. O mały włos sama bym należała do tej grupy, ale zostałam, pomimo strachu. Pomyślałam wtedy, że nie mogę już uciekać. Po zajęciach klęłam jak diabli, groziłam, że już tam nie wrócę. Ale wróciłam. Z duszą na ramieniu, że może trafi na mnie. I co? I okazuje się, że nic tak nie robi dobrze na pewność siebie jak coś takiego. Bo cała sala się z ciebie śmieje i… nic się nie dzieje. I to powoduje, że w mózgu coś klika. Nie wiem, co i nie wiem jak. Już się nie boję.

Można by rzucić tutaj argumentem, że to przecież moje geny umożliwiły mi podejmowanie takich a nie innych decyzji, więc i tak geny. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić – moje geny chciały mnie również zabić. Więc jednak bym aż tak bardzo nie polegała na ich sposobie podejmowania decyzji. Bo równie dobrze mogłabym cały dzień po prostu patrzeć się w ścianę. Bo jestem z natury leniwa. Ale nauczyłam się nie. Nauczyłam się wykorzystywać moje skłonności do obsesji, zamiast skupiać się na lęku i przeżywaniu negatywnych wydarzeń, skupiam się na zadaniach i pozwalam sobie na grzebanie w tematach aż padam na twarz ze zmęczenia. Różnica w efektach jest drastyczna.

To nie jest proste. Nigdy nie sądziłam, że kiedyś to napiszę. To nie jest proste. Ale jest możliwe. I warto. Bo życie jednak wygląda zupełnie inaczej. Zupełnie bardzo lepiej.

🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s