Badania społeczne

Pominę kilka tygodni milczenia, bo i nie ma się czym chwalić – znowu przytyłam. I znowu zaczęłam mieć ze sobą problemy, najwidoczniej niestety moje wahania hormonalne naturalnie już takie są i powodują, że jedno niepowodzenie łamie mi całe poczucie własnej wartości.

Miałam zrobić ankiety. Zrobić to znaczy poprosić studentów żeby je zrobili. Mam z tego kilka wniosków:

  • studenci łapani „na ulicy” uciekają gdzie pieprz rośnie, co mnie nie dziwi, bo ja też kojarzę ankiety na ulicy z ulicznymi handlarzami, dla których „ankieta” jest tylko pretekstem do sprzedania ci rumuńskiej podróbki perfum Doleca&Gabon;
  • studenci prawa zagadnięci w budynku nie mają czasu i są na diecie, wobec czego nawet czekolady w nagrodę nie chcą;
  • w bibliotece niekoniecznie siedzą tylko studenci;
  • studentki zaskoczone zgadzają się od razu, prawdopodobnie zgodnie z zasadą huśtawki, jak się przestraszy, to potem poczuje ulgę, że to nic strasznego, i łatwiej się zgodzi – jednak tego nie polecam, nie lubię straszyć ludzi;
  • najłatwiej iść na jakiś wykład i zapytać prowadzącego – jeśli się zgodzi to wygraliśmy życie.

Po niepowodzeniu mojej taktyki łapania losowych ludzi poszłam do biblioteki zupełnie załamana. Po drodze w rozmowie udało mi się przeczytać, że „nie ma sensu przeżywać”.

Słucham? Jeśli coś takiego odczuwam, to odczuwam, stwierdzenie, że odczuwanie czegoś nie ma sensu, samo ma tyle w sobie logiki, co powiedzenie człowiekowi ze złamaną nogą, że nie ma sensu, że go boli. Nosz k…. Uczucia mają to do siebie, że są. Nie zawsze i nie wszędzie wyrażanie aktualnych rozterek jest wskazane (ja bym nie krzyczała na ulicy, że boli mnie, że ktoś się ze mnie śmieje), ale wymazywanie ich, bo ktoś się niekomfortowo czuje z moim złym samopoczuciem, jest, krótko mówiąc, głupie. Bo to później wróci, w postaci ukrytego stresu o niewiadomym źródle pochodzenia, w postaci wybuchu nieprzeżytych emocji czy w postaci zażerania się czekoladą. Ale jakoś wróci. Nic w przyrodzie nie ginie, prawda? Emocje też nie. Dlatego uznałam, że mam prawo czuć się rozczarowana w związku z tym, że mi nie wyszło.

Kupiłam sobie Tymbarka w automacie…

Tymbark_Zdrowe_podejście
Zdrowe podejście

… i niemal natychmiast zdjęło to ze mnie połowę nerwów. Ale to nie koniec.

Poszłam do biblioteki. Usiadłam w losowym rzędzie, na losowym krześle. Zaczęłam myśleć, że nie nadaję się na doktorat skoro nie umiem takiej prostej rzeczy zrobić, dobrze, że przekonałam się o tym teraz a nie po rekrutacji, muszę znaleźć sobie jakąś miotłę do roboty i zająć się tym, do czego byłam wychowywana od dzieciństwa, czyli byle jaką pracą byle gdzie. Tłumaczyłam sobie, że w życiu nie dam rady pracować jako naukowiec nie potrafiąc nikogo przekonać do współpracy. Cała moja pewność siebie zniknęła. Może trzeba wrócić na wieś i nigdy więcej się stamtąd nie ruszać… Żeby nie budzić podejrzeń, wzięłam losową książkę z półki obok i otworzyłam ją na losowej stronie. Książka okazała się być po angielsku (to akurat żaden problem) i o nierównościach społecznych. Trafiłam na część o edukacji. Książka mówiła mniej więcej to:

W USA to, jaką pozycję społeczną będziesz mieć, zależy bardzo od tego do jakiej prywatnej szkoły z internatem chodziłeś, a potem do jakich kręgów towarzyskich należałeś i na jakim uniwerku. Tego typu system został stworzony przez klasę wyższą w celu chronienia swojego własnego światka kulturowego, ponieważ ludzie z niższych klas nie byli uznawani za wystarczająco dobrze wychowanych i wysławiających się, żeby móc dobrze w niej funkcjonować. To powoduje, że dzieci z niższych klas wiedzą, że nie mają szans, w związku z czym obniżają wymagania same dla siebie, co koniec końców tylko pogłębia podziały klasowe w dorosłym życiu. W skrócie wnioski były takie, że większe znaczenie mają kręgi towarzyskie (i pieniądze oczywiście, tzw. old wealth), niż to, jak rzeczywiście jesteś inteligentny, ponieważ odpowiednie kręgi towarzyskie dają ci odpowiednie podłoże kulturowe, a raczej znajomość kultury, dzięki której możesz bez problemu funkcjonować w swojej klasie społecznej.

No i mnie k…. oświeciło.

Być może nie pochodzę z profesorskiej rodziny. Moi rodzice nie skończyli żadnych studiów. Wychowywałam się na wsi, chodziłam do wiejskiej szkoły podstawowej i gimnazjum. Ale miałam odwagę iść jednak na studia. To, czy koniec końców dopasuję się i nauczę tej, nowej bądź co bądź, kultury, zależy między innymi ode mnie. Jak zrezygnuję zanim spróbuję, to się nie dowiem. Być może umiejętność namawiania studentów do wypełnienia ankiety wcale nie jest najważniejszą umiejętnością, jaką muszę mieć. Być może w sumie wcale nie jest ważna. Bo to tylko moje przekonanie, że jest. Niczego nie wiem na pewno. W sumie… może być tak, że moja niewiedza będzie moją przewagą. Nieraz mi się już zdarzało, że tak to się właśnie okazywało. Ale… nie dowiem się, jak nie spróbuję.

Prawda?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s